Felieton: Bębny dyżurne, czy własne?

Ten dylemat czasami musimy rozwiązywać, kiedy bierzemy udział w imprezach o charakterze festiwalowym lub specjalnym z udziałem wielu zespołów i perkusistów grających na jednej estradzie. Spróbujmy przeanalizować kilka aspektów.
Jeśli decydujemy się  grać na bębnach dyżurnych, to nie musimy wozić, rozkładać, a potem składać swoich bębnów – to oczywiście wygodne (po koncercie mamy unikalną szansę zameldować się jako pierwsi przy festiwalowym barze), ale czy najlepsze wyjście? Uważam, że z wielu względów nie. Jeśli gramy na koncercie w pierwszej kolejności, to jeszcze pół biedy – ustawimy sobie wszystko przed wyjściem na estradę, a męczyć się po nas będą następni perkusiści. Jeśli gramy choćby jako drudzy, to będą nas czekać liczne i bardzo uciążliwe manewry, na przykład: zmiana ustawienia skosu i wysokości talerzy, zmiana wysokości i ewentualnie innych ustawień szczegółowych blach dyżurnego hi-hatu, zmiana wysokości i skosu werbla, wymiana stopki na własną – jeśli jest podwójna to i problem staje się podwójny. Do tego czeka nas prawdopodobnie zmiana ustawienia wysokości siedzenia, skosu i wysokości tomów wiszących i floor toma. Dobrze zaciśnięte zaciski pamięci na rurkach statywów do blach i innych akcesoriach metalowych mogą stanowić poważne utrudnienie naszych poczynań. Załóżmy, że z tym wszystkim się już uporaliśmy i zaczynamy próbować brzmienie – tu może się okazać, że rodzaj membran nam nie odpowiada, strój i sound również, nawet jeżeli będzie to instrument z najwyższej półki i w świetnym stanie. Czyli kolejny pasztet – na przykład obce membrany mogą inaczej „siadać” pod pałkami lub pod bijakami stopki bębna basowego.
Wszystkie wyżej wymienione problemy będziemy rozwiązywać na estradzie, prawdopodobnie pod okiem widowni i pod presją ponaglających nas kolegów muzyków (No, co? Możemy zaczynać?), akustyków (mikrofon przeszkadza? A poprzedniemu perkusiście nie przeszkadzał) oraz obserwowani przez ekipę techniczną (uśmiechy), która z założonymi rękami będzie się przyglądać naszej szamotaninie. Tak więc zagranie zwłaszcza ważnego i wymagającego koncertu na dyżurnych bębnach może się okazać tylko pozorną wygodą.
Z pewnością bębny „dyżurne” stanowią rozwiązanie wygodne dla akustyków, którzy niewiele mają roboty z modyfikacją ustawień nagłośnienia, a zwłaszcza dla ekipy technicznej (patrz wyżej). Na takim rozwiązaniu my – perkusiści – stracimy więcej nerwów i czasu niż przy zamianie bębnów na własne – ustawione i od dawna wyregulowane pod nasze potrzeby, ponadto rozłożone za kulisami.
Co jest gorsze – koszmar akustyka czy koszmar perkusisty? Oczywiście wymiana bębnów na estradzie to często koszmar dla akustyków i robota dla ekipy technicznej, poza tym akcja spektakularna, którą dobrze widać i która kłuje w oczy organizatorów imprez marzących o ich sprawnym przebiegu. Dlatego z problemem wystawiania bębnów dyżurnych i presji grania na nich spotkamy się prawdopodobnie nie raz – nakłaniani przez organizatorów, akustyków, czasem muzyków z zespołu. Jednak wyniesienie jednego zestawu i zamiana go na drugi jest przedsięwzięciem o wiele krótszym i mniej stresującym dla perkusisty niż nerwowe grzebanie się w opisanych wyżej szczegółach na estradzie. Ponadto im lepsza, bardziej profesjonalna i sprawniejsza ekipa techników i akustyków, tym problem okazuje się mniejszy. Na podsumowanie przyda się pamiętać, że to my mamy tu zagrać, a koncert będzie tym lepszy im lepiej zostanie zagrany. Za dobrym graniem zazwyczaj podąża dobre nagłośnienie, dobra atmosfera, zadowolenie muzyków, organizatorów, czyli tak zwany lepszy efekt końcowy. Warto więc nie iść na pozornie łatwe rozwiązania i zawsze wozić ze sobą swoje najlepsze i najbardziej komfortowe instrumenty.

Życzę wielkiego BUM i serdecznie pozdrawiam – Jacek Pelc