Niepublikowany wywiad z Jeffem Ballardem

Z Jeffem Ballardem spotkałem się przy okazji koncertu trio Brada Mehldaua w ramach festiwalu Jazz Gdyni. Koncert odbył się 13 marca w słynnym już gdyńskim Pokładzie. Na wywiad umówiliśmy się już przed koncertem. Swoją drogą występ Brad Mehldau Trio zasłużył na osobny artykuł. Trio zagrało fenomenalnie, czego dowodem była reakcja publiczności i ochoczo wykonane dwa bisy.
Po koncercie Jeff znalazł chwilę, by porozmawiać. Usiedliśmy w garderobie – oto, co powiedział ten niezwykle skromny gigant jazzowych bębnów.

MS: Witaj, Jeff. Nie wiem, czy sobie przypominasz, ale my się już znamy. Dziewięć lat temu odwiedziłeś Gdynia Summer Jazz Days z Origin Chicka Corei. Doszło wtedy do kapitalnego jam session w Sax Clubie (obecnie Jazz Cafe Scena). Rozmawialiśmy wtedy chwilę.
JB: O tak! Pamiętam tamten koncert i jam. Świetnie znów być w Gdyni.

MS: Gratuluje koncertu z Bradem. Był wspaniały.
JB: Dzięki, świetna publiczność.

MS: Wygląda na to, że w Twoim życiu zawodowym zaszło od ostatniej wizyty w Polsce troszkę zmian. Jesteś teraz jednym z gigantów współczesnych jazzowych bębnów, ale nie tylko jazzowych.
JB: No co ty? Nie wiedziałem (śmiech). Fajnie usłyszeć te słowa.

MS: Kiedy Cię słucham, słyszę mnóstwo wpływów etno, world music, afro-cuban czy brazylijskie axe. Czy możesz opowiedzieć o swoich inspiracjach i fascynacjach muzycznych?
JB: Na początku to była muzyka, której słuchał mój ojciec. Orkiestra Counta Basiego, Oscar Peterson. Nawiązując do twoich spostrzeżeń, faktycznie jednym z moich pierwszych zespołów był afro-kubański band.

MS: Kontynuując wątek inspiracji. Czy możesz opowiedzieć coś o Twojej współpracy z Rayem Charlesem? Byłeś bardzo młody, kiedy zacząłeś grać w jego zespole.
JB: Faktycznie. Miałem 23 lata. Fascynację big-bandami i orkiestrą Basiego mogłem przenieść na granie u Ray’a Charlesa. To, jak wtedy grałem, idealnie pasowało do muzyki Ray’a. Muszę powiedzieć, że stołek perkusyjny był najlepszym miejscem, jakie można było zająć w tym zespole.

MS: Najtrudniejszym?
JB: Tak, ale najlepszym. To było wielkie wyróżnienie i niesamowita frajda. Siedziałem z nim w jednej linii. Widziałem, jak porusza całym ciałem i tupie nogą. Nie chodzi tu o metronomiczne poczucie czasu, raczej o powtarzalność ruchów, które w jednym punkcie tworzą time. To zawsze był znak firmowy Ray’a.

MS: Czy możesz opowiedzieć  o początku Twojej przygody z Brad Mechldau Trio? Wiem, że zastąpiłeś Jorge Rossy’ego.
JB: Który nota bene jest moim przyjacielem i wspaniałym perkusistą.

MS: Nie znam przyczyn odejścia Jorge z zespołu, ale to nie jest istotą sprawy.
JB: Ooo, to prosta historia. Jorge gra również na fortepianie i chciał się temu bardziej poświęcić. Był to więc dobry moment dla wszystkich na zamiany w zespole.

MS: Twoje granie jest inne. Bardziej intensywne. Zmieniło nieco charakter Tria. Szczególnie Twoje blachy brzmią agresywniej, jaśniej.
JB: Wiesz, nie gram na fortepianie. Gram na bębnach i może stąd ta intensywność. Skupiam się na perkusyjnej stronie muzyki.

MS: No właśnie. Pogadajmy chwilę o perkusistach. Wydaje mi się, że obecnie możemy podzielić ich na dwie kategorie. Perkusistów, którzy stanowią integralną część zespołów,  w których tworzą muzykę i tzw. clinicians.
JB: Wydaje mi się, że dokładnie tak jest. Kiedy mówimy o tworzeniu muzyki, nie myślimy o konkretnych instrumentach. One są tylko środkiem, który pozwala stworzyć finalny efekt.

MS: Wspomnieni przeze mnie clinicians są obecnie bardzo popularni. Prowadzą warsztaty, pokazy na całym świecie. Są fantastycznymi technicznie wirtuozami. Ale często nie grają z wielkimi gwiazdami. Nie tworzą zespołów, które odciskają piętno na współczesnych kierunkach w muzyce.
JB: Faktycznie. Ciekawe jest, że są to muzycy (bez względu na instrument) bardzo popularni. Umiejętności techniczne i wirtuozeria czynią ich występy niezwykle atrakcyjnymi dla słuchacza. Nie chcę absolutnie deprecjonować, umniejszać ich znaczenia we współczesnej muzyce. Dostrzegam jednak, że „łatwiej” osiągnąć im cel. Grasz szybciej, głośniej, bardziej skomplikowane rzeczy i od razu dostajesz rodzaj informacji zwrotnej od publiczności. Reakcja słuchacza jest natychmiastowa. Trudniejsze, ale i przyjemniejsze, jak sądzę, jest zastosowanie tych wszystkich umiejętności w zespole. Interakcja i wspólne budowanie, tworzenie muzyki.

MS: Obserwowałem Cię przez cały koncert. Niesamowitym był dla mnie fakt, że nie zauważyłem dekoncentracji w Twoim graniu ani przez chwilę. Byłeś cały czas niesamowicie skupiony. No i dostrzegłem coś, co można by nazwać dramaturgią koncertu, ale i Twojego grania. Dawkowanie emocji, środków wyrazu i mistrzowskie opanowanie dynamiki. Brzmienie zespołu było fantastyczne.
JB: Miło mi, że o tym wspominasz, bo właśnie zespół jest najważniejszy. Nie możesz być w graniu egoistą i myśleć przez pryzmat swojego instrumentu. Chodzi o interakcję, w wyniku której powstaje muzyka.

MS: Jeff, porozmawiajmy trochę o graniu w sekcji. Masz okazję pracować z fantastycznymi basistami. Dzisiaj słyszałem Cię z Larry’m Grenadierem. Ale myślę też o płytach, które nagrałeś z Avishai Cohenem.
JB: Mogę powiedzieć, że z tymi dwoma facetami, których wymieniłeś, szybko nawiązałem świetny kontakt. Znam Larry’ego ponad 20 lat. To, co nas łączy, to wrażliwość na współbrzmienie pomiędzy basem a bębnami. Nie z każdym basistą to zadziała, tak jak nie z każdym człowiekiem znajdziesz od razu wspólny język. Możesz też nie dogadać się nigdy. Z basistami, o których mówimy, łączy mnie wręcz rodzaj „intymnego”, bardzo przyjacielskiego kontaktu. Jeśli chodzi o granie z Avishaiem, myślę, że najważniejsza jest wspólna fascynacja muzyką afro-kubańską i dźwiękami Wschodu. To wszystko ujawnia się, kiedy zaczynamy budować groove. Wewnątrz rytm zaczyna żyć własnym życiem. Nie wiemy, dokąd nas doprowadzi, improwizujemy.

MS: Czyli to rodzaj pocket groove?
JB: Dokładnie. Możesz go łamać, zmieniać kierunki, „wyginać” na niezliczoną ilość sposobów.

MS: Czyli – reasumując tę część naszej rozmowy, można powiedzieć, że przyjaźń to bardzo ważne słowo, jeśli chodzi o relacje w zespole.
JB: Ale i zaufanie, które z przyjaźnią bardzo ściśle się wiąże. Musisz wiedzieć, że osoba, która dzieli z tobą scenę, poradzi sobie z tym, co chcesz zagrać, da się muzycznie sprowokować. Pomoże ci, ale i odwrotnie. Ty możesz być partnerem, który pomaga w realizacji czyichś planów.

MS: Czy możesz wymienić perkusistów obecnej sceny, których doceniasz, zauważasz. Powiedz coś o nich.
JB: Jest wielu wartościowych, świetnych bębniarzy, których poczynania obserwuję, np.: Nasheet Waits, Clarence Penn, Bill Stewart czy Brian Blade. To właśnie przykłady perkusistów, którzy tworzą muzykę. Biorą udział w nagraniach i koncertują z gigantami jazzu, ale i innych gatunków. Paleta, z której czerpią współcześni jazzowi drummerzy, jest bardzo szeroka (reggae, rock). Ale przecież nawet Max (Roach) grał hip-hopowe bity.

MS: No tak, na „Ulicy Sezamkowej” (Totalny śmiech). Porozmawiajmy chwilę o Twoim instrumentarium. Nagrywasz bardzo różnorodną muzykę. Inaczej brzmisz w trio Mehldaua, a inaczej np. w Elastic Band Redmana. Czy masz problem ze zmianą zestawów perkusyjnych? Używasz różnych rozmiarów bębnów?
JB: Nie mam z tym absolutnie problemu. Od lat gram na starych bębnach firmy Camco, które świetnie brzmią w różnych rejestrach, pasmach. Nie ma znaczenia, czy stroję je wysoko, czy nisko. Zmieniam tylko talerze w zależności od typu muzyki jaką wykonuję.

MS: A membrany? Zmieniasz np. jednowarstwowe na olejowe?
JB: Nie. Używam FIBERSKINÓW.

MS: A jak z ćwiczeniem. Czy znajdujesz jeszcze czas? Przecież wciąż jesteś w trasie.
JB: Jeśli tylko jestem w domu, to oczywiście ćwiczę. W przypadku grania z zespołem Brada, świetne jest to, że mogę przyjść parę godzin przed jobem i rozegrać się, poćwiczyć. Korzystam z tej możliwości kiedy tylko się da.

MS: Jak wygląda Twoja praca z instrumentem? Co ćwiczysz?
JB: Skupiam się na ćwiczeniu podstawowych spraw i to bardzo wolno, ponieważ gdy ćwiczysz wolno na bębnach, zmagasz się z grawitacją. Skupiam też uwagę na brzmieniu instrumentu, wydobywaniu różnych barw. Kiedy podnosisz powoli rękę i zaczynasz opuszczać, uderzając nią o kolano, obserwujesz, ile czynników wpływa na to, że możesz wykonać ten prosty ruch. Dowiadujesz się więcej o pracy mięśni i wspomnianym już pokonywaniu siły grawitacji. Twoje granie staje się bardziej świadome, bogatsze i głębsze. Obserwowałem kiedyś Billa Higginsa podczas koncertu z Jackie Mc Leanem. Bill grał niesamowite rzeczy na bębnach, ale w pewnym momencie, w trakcie swojego sola, zagrał na werblu cztery proste ćwierćnuty (DA DA DA DA), które brzmiały z taką intensywnością, ponieważ były zagrane ze wspaniałą artykulacją i doskonale umieszczone w czasie. Odpadłem.

MS: No właśnie. Rozmawialiśmy w czasie Waszego koncertu, wymienialiśmy opinie na bieżąco. Wszyscy muzycy i nie tylko muzycy siedzący przy stoliku stwierdzali: „jakie to proste”.
JB: No tak. Im więcej czasu spędzasz przy instrumencie w rozsądny sposób, tym więcej się o nim dowiesz. On sam powie ci, co robić, odezwie się. Oczywiście nie może cię ograniczać technika itp. Muzyka odpowie na wiele twoich pytań.

MS: Czy mógłbyś udzielić jakichś wskazówek młodym adeptom bębnowej sztuki?
JB: Przede wszystkim musicie zdać sobie sprawę, że należy nauczyć się cierpliwości. Myślcie o tym, jak budować partie swojego instrumentu w piosence.  Jak skonstruować solo. Nie grajcie czegoś tylko dlatego, że to potraficie, albo się właśnie tego nauczyliście. Dobrze jest się zastanowić, po co i dlaczego coś robimy. Oczywiście każdy ma swój punkt widzenia. Jest subiektywny. Ale generalnie chodzi o stopniowanie napięcia w opowiadaniu muzycznej historii („tension and release”).

MS: Znów wrócę do Twojego skupienia na scenie. W Twoim graniu nie było żadnej przypadkowości – ani jednej niepotrzebnej nuty.
JB: To chyba właśnie ta granica, którą musisz pokonać. To ona sprawia, odróżnia instrumentalistę od w pełni ukształtowanego, świadomego muzyka. Jeśli młody człowiek potrafi się zatrzymać i znaleźć sens oraz przyjemność w zagraniu prostych rzeczy, to znaczy, że wykonuje wielki krok do przodu. Buduje swoją świadomość. Zaczyna udoskonalać brzmienie, time, panuje nad sowimi poczynaniami na scenie. Bo przecież uderzasz np. w werbel milion razy, ale ile razy robisz to bardzo wolno, analizując ruch dłoni od początku do końca – to wymaga wielkiej cierpliwości. I właśnie takie przemyślane ćwiczenie dało mi bardzo wiele. Efektem pracy nad sobą w ten właśnie sposób jest również to, że gram w trio Brada Mehldaua.

MS: Czy uczysz, udzielasz lekcji?
JB: Kiedy jestem w domu, udzielam prywatnych lekcji i często to, o czym rozmawialiśmy przed chwilą, stanowi ogromną część zajęć. Musisz nauczyć swoje ciało instynktownego działania. Wykorzystać naturalne prawa, jakie nim rządzą. To spowoduje, że się rozluźnisz i granie nie będzie sprawiać kłopotu, stanie się przyjemnością. I  powiem ci, że bardziej ufam temu, co bębny mówią do mnie, niż temu, co ja chcę im powiedzieć, wydobyć z nich. I to moja filozofia ćwiczenia i uczenia. Bo kiedy grasz, przestajesz się zastanawiać. Wiele rzeczy robisz podświadomie, nie masz czasu na analizę.

MS: Wiem, że jesteś współzałożycielem tria Fly, w którym grają Larry Grenadier i Marc Turner.
JB: Fajnie, że wspominasz o tym zespole. Nagraliśmy materiał dla prestiżowej  ECM. Płyta ukaże się niebawem.

MS: Ostatnia rzecz, o jaką chciałbym Cię zapytać, to sprawy dotyczące kuchni. Na Twojej stronie internetowej znalazłem adresy restauracji z różnych zakątków świata. Czy jesteś amatorem jedzenia? (śmiech)
JB: Faktycznie. Lubię zjeść, ale preferuję kuchnię wegetariańską. A jeśli chodzi o restauracje, to oprócz jedzenia ważna jest atmosfera, jaka w nich panuje, no i są to miejsca, w których mogę spotkać się z przyjaciółmi, dla których mam tak mało czasu.

MS: Dziękuję Ci bardzo za tą  rozmowę i mam nadzieję, że wkrótce znów się spotkamy. W imieniu czytelników Top Drummera życzę Ci dalszych sukcesów.
JB: Dziękuję i do zobaczenia. Pozdrawiam wszystkich czytelników.

Wywiad z 2008 roku, rozmawiał Michał Szczeblewski