Wywiad z Arturem Malikiem

Z Arturem spotkałem się w celu dokonania przeglądu 20 lat jego pracy estradowej w roli perkusisty.

Grzegorz Krawczyk:  Artur, powiedz mi, co wydarzyło się na początku Twojej działalności?
Artur Malik: Kawał czasu… Po pierwsze w szkole muzycznej w Chrzanowie kiepscy nauczyciele skutecznie zniechęcili mnie do fortepianu. Powiedziałem, że nie chcę grać, że chcę zostać mechanikiem samochodowym. Ale mój ojciec chałturzył po weselach na perkusji, a ja byłem pod wrażeniem AC/DC i stwierdziłem, że coś „popukam”. Porozkładałem na krzesłach różne przedmioty i zacząłem na nich grać. Wujek, który był muzykiem, usłyszał to moje „pukanie” i stwierdził, że warto byłoby mnie znowu zapisać, ale tym razem do klasy perkusji. Po rozpoczęciu nauki w szkole muzycznej w Katowicach okazało się, że bębny to nie tylko jeden instrument, że na niektórych z nich gra się czterema pałkami, że są etiudy, gamy, różnego rodzaju wprawki, nuty i tak dalej. Byłem zdruzgotany – pomyślałem, że wpadłem „z deszczu po rynnę”. Ale mimo wszystko bardzo dobrze szło, więc zdecydowaliśmy z rodzicami, że będę robił dwa lata w jednym roku i z pierwszej klasy przeskoczyłem do trzeciej. Mój nauczyciel – Damian Matysik (wspominam Go zresztą do dzisiaj jako najlepszego spośród moich nauczycieli), powiedział mi, że mogę połączyć dwie szkoły – ogólnokształcącą i muzyczną. Namówił mnie do wzięcia udziału w egzaminach i w 1984 roku dostałem się do Liceum Muzycznego w Katowicach. Cały czas grałem na tych wszystkich instrumentach perkusyjnych, ale zawsze w sercu siedział mi zestaw. Wówczas dostałem od rodziców moją pierwszą perkusję firmy Trova.

Powiedziałeś mi na początku, że w podstawówce muzycznej zostałeś zrażony do muzyki, jak  wyglądała twoja edukacja w liceum muzycznym?
Hmm… To nie było liceum, to był horror. Mieliśmy taki natłok zajęć, że człowiek nie mógł nawet złapać świeżego oddechu! Nie pozwalano się skupić w ogóle na muzyce, trzeba było pracować jak maszyna, czego konsekwencje ponoszę do dzisiaj.

Jak to?
Nauczyciele nie przejmowali się osobowością uczniów, nie patrzyli na to, co Ty masz do powiedzenia, tylko jak tu masz „p” (piano), to musisz zagrać „piano”, jak tu masz „f” (forte), to musisz zagrać „forte”… Nie pozwalali na muzykowanie. Gdy chciałem zasugerować, że widzę to trochę inaczej, odpowiadali:  „Siedź cicho, bo inaczej wylecisz ze szkoły”.

OK, to była szkoła, a jak zaistniałeś jako perkusista?
W domu mojej babci był wolny pokój, więc tam rozłożyłem sobie mój zestaw i ćwiczyłem. Miałem też nagłośnienie – Vermonę. W tym czasie poznałem m.in. Henia Barana (basistę BANDY I WANDY, później LOMBARDU) oraz Jurka Styczyńskiego z DŻEMU – czasem przyjeżdżali do mnie sobie pograć. Przywozili wzmacniacze i po prostu graliśmy bez żadnych sprecyzowanych planów.
Skończyłem liceum w 1988 roku, zdałem maturę, dostałem się na rozrywkowy Piąty Wydział Akademii Muzycznej do Katowic. Zaraz po tym zadzwonił do mnie Heniu Baran z informacją, że odszedł perkusista z grupy LOMBARD i zapytał mnie, czy nie chciałbym z nimi zagrać. Pomyślałem sobie: jak to – w wieku 19 lat mam grać w najbardziej topowym zespołem w Polsce? Ale zgodziłem się, pojechałem na pierwsze spotkanie do Telewizji na Woronicza. Tam poznałem  Piotrka Niewiarowskiego (managera) i Piotrka Zandera. Gośki Ostrowskiej wtedy nie było, bo lada moment miała rodzić. Pogadaliśmy i umówiliśmy się na lipiec w Poznaniu na pierwsze próby, gdzie okazało się, że bardzo dobrze się rozumiemy, wobec czego szybko zaaklimatyzowałem się w grupie. Pod koniec sierpnia padła propozycja wyjazdu LOMBARDU na trasę do Związku Radzieckiego na 48 koncertów, czyli na jakieś dwa miesiące. Muszę powiedzieć, że przeszedłem wtedy swój rockandrolowy chrzest (śmiech). Niestety, nie pofatygowałem się zawiadomić o moim wyjeździe nikogo w katowickiej Akademii. Wróciłem na uczelnię w listopadzie, w miesiąc po inauguracji roku akademickiego. Nikt nie wiedział, co się ze mną działo i gdzie jestem. Ale dzięki temu, że moi rodzice byli zaprzyjaźnieni z moim wykładowcą perkusji – Stasiem Proksą, udało się załagodzić sprawę.

Czy były też inne trasy zagraniczne?
Tak, parę razy jeździliśmy do Ameryki. W 1989, jako 20-latek, po raz pierwszy poleciałem do Stanów – spędziliśmy tam całe dwa miesiące. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Gdy wysiadałem z samolotu i jakiś Murzyn powiedział mi „H e l l o”, to pomyślałem, że spadnę z tych schodów. Było to coś niesamowitego – zobaczyłem Chicago, Nowy Jork…

Jacek Królik:  „Nie wszyscy zdają sobie sprawę, jak dobrym, wszechstronnym i kreatywnym perkusistą jest Artur Malik. Fakt, że Artur  w ostatnim okresie był nieco mniej aktywny na wielkich scenach, zaowocował u Niego unikalnym i ciekawym podejściem do instrumentu i warsztatu.  Z Arturem graliśmy wspólnie w wielu rozmaitych projektach przez wiele lat. Ostatnio nie zdarza się nam to, niestety, zbyt często, natomiast każde spotkanie z Nim na scenie, to dla mnie duża muzyczna przyjemność ”.

Z tego, co wiem, w pewnym momencie LOMBARD wstrzymał swoją działalność?
Tak, było to w 1991 lub 1992 roku.

Z jakiego powodu?
Gośka chciała od tego wszystkiego odpocząć.

Czym się wtedy zająłeś?
Przeprowadziłem się do Krakowa, gdzie z Mariuszem Ziętkiem (moim przyjacielem) wynajmowałem mieszkanie. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Jacek Królik (poznałem go jeszcze podczas egzaminów wstępnych do Katowic) z propozycją przyłączenia się do kapeli Marka Stryszowskiego LITTLE EGOISTS, w której grał z Grzesiem Piętakiem.. Byłem wtedy bez pracy, więc się zgodziłem, a co najważniejsze – Stryszowski się zgodził. To był „złoty strzał”, ponieważ razem  z LITTLE EGOIST zagraliśmy masę koncertów i zwiedziliśmy prawie całą Europę.
Po tym epizodzie odnowiłem kontakty ze znaną wokalistką Urszulą i Staszkiem Zybowskim (niestety, już świętej pamięci), których za czasów LOMBARDU poznałem w Stanach. Staszek poinformował mnie, że szuka perkusisty, basisty i gitarzysty, bo montował nowy band. Powiedział, że ma sponsora. No to ja do niego, że perkusistę też już ma! Popatrzył na mnie i powiedział „ To dobry pomysł”. Powiedziałem mu również, że mam świetnego gitarzystę – Jacka Królika, i basistę – Piotrka Żaczka. Nauczyliśmy się w trójkę trzech kawałków i pojechaliśmy na próbę do Warszawy. Ponieważ wszystko wyszło świetnie, zaczęliśmy intensywną pracę nad płytą Urszuli „Biała Droga”. Bardzo miło wspominam ten okres – przez pół roku mieliśmy wynajęty w Warszawie dom z lustrzaną salą prób wyposażoną w dobrej klasy sprzęt i nagłośnienie. Dostawaliśmy tygodniówki na przeżycie i zwroty kosztów za bilety. Mieliśmy 6 do 8 godzin prób dziennie. W 1995 roku wreszcie nagraliśmy płytę, ale, niestety, okazało się, że nikt jej nie chciał kupić!
W międzyczasie Wojtek Kulasa zadzwonił do mnie z informacją, że potrzebuje zespołu na otwarcie swojego klubu Absolwent w Nowym Sączu, a dokładnie na trzydniowe otwarcie. Powiedział, że nie płaci gotówką, ale będziemy mieli do dyspozycji otwarty bar, jedzenie i spanie za free. Powiedziałem mu więc, że wezmę Królika, Żaczka, Rysia Krawczuka, Jasia Radka i przyjedziemy. Zgodził się. W drodze do klubu, w trakcie jazdy autobusem, nauczyliśmy się paru utworów. Po pierwszym wieczorze zadowolony Wojtek Kulasa podszedł do nas i powiedział: „Chyba byłoby lepiej, gdy bym wam jednak zapłacił!” (śmiech). Tak czy owak muszę powiedzieć, że otwarcie było rewelacyjne!

Czyli możemy dodać, że właśnie wtedy powstał zespół FUNK DE NITE?
Dokładnie tak. Jasiu Radek śpiewał, a Marek Rusinek dochodził z jakimiś nowatorskimi raperskimi pomysłami. Równolegle z pracą w FUNK DE NITE zaczął się reaktywować LOMBARD, z tym że bez Gośki, tylko ze Stróżniakiem na wokalu i bez Zandera. Byli tam wtedy Damian Jaroszyk, Heniu Baran, Robert Kalicki, Stróżniak i ja. Powstała taka hybryda – LOMBARD GROUP, z którą nagraliśmy płytę koncertową „Afryka”. Potem, kiedy stosunki z Urszulą i Zybowskim zaczęły się trochę kruszyć, okazało się, że płyta Urszuli „Biała Droga” odniosła wielki sukces i sprzedało się około 700 tysięcy nośników.
W 1996 roku pojechaliśmy z LOMBARDEM w trasę – odwiedziliśmy Vancouver, Toronto, Nowy Jork, Chicago. Była to bardzo urokliwa trasa. Na 15-lecie z LOMBARDU zaczęliśmy organizować wielkie koncerty z Gosią Ostrowską, która na nowo wróciła do grupy. Zagraliśmy masę imprez, czasami po dwie, trzy dziennie i przejeździliśmy Polskę wzdłuż i wszerz. Trwało to do 1998 roku. Potem Gośka zaczęła robić swoją solową karierę i odeszła od zespołu. Nie chcieliśmy po raz kolejny zawieszać działalności, więc znaleźliśmy nową wokalistkę, nagraliśmy płytę… Po czym któregoś pięknego dnia 2001 roku zadzwonił do mnie Stróżniak i ni stąd ni zowąd powiedział, że ja jestem z Krakowa, a zespół z Poznania, koszty się zwiększają, itd., więc w konsekwencji musimy się rozstać. Pomyślałem, że chłop na głowę upadł: po 12 latach fajnej współpracy coś takiego?! Tym bardziej, że rok wcześniej Jacek Królik odchodził od Maryli Rodowicz i pytał się mnie, czy nie chciałbym z Nią pograć. Ja do niego, że nie, bo jestem w z LOMBARDZIE na stałe, mamy nową wokalistkę, gram z chłopakami już ponad 12 lat, jestem lojalny wobec nich, że ich nie zostawię, itd.

A mówiłeś o tym Stróżniakowi?
Tak, Stróżniak wiedział, że mam taką propozycję. Wszystkie układy pozrywałem, bo wiesz, z LOMBARD itd. A on do mnie, że jestem dobrym muzykiem i dam sobie jakoś radę…

I to był definitywny koniec z z LOMBARDEM?
Tak.

Co wtedy robiłeś, gdzie grałeś? Czy wtedy zacząłeś się udzielać jako muzyk sesyjny i nagrywać płyty?
Jeszcze podczas 15 lecia z LOMBARDU nagrywałem między innymi z dziewczynami z FOR DEE. Z FUNK DE NITE nagraliśmy pierwszą płytę – „So What”, ponadto nagrałem dwie płyty z CHŁOPCAMI Z PLACU BRONI i  jedną dla Macieja Zębatego. Kiedy LOMBARD podziękował mi za współpracę, byłem przez dwa miesiące bez pracy. W tym przejściowym okresie nawiązywałem nowe znajomości, starałem podciągnąć swoje umiejętności, myślenie przy bębnach, itd. Grywałem sporadyczne koncerty w różnych składach: Tadzio Pocieszyński i Jacek Chruściński z BLUES MOBILE, FUNK DE NITE, MOON WALKER Pieculewicza, gdzie śpiewał Jasiu Radek.  Dokładnie nie pamiętam, z kim jeszcze w tym okresie grywałem. Zdarzało się, że wchodziłem do studia, nagrywałem swoją nakładkę, dostawałem pieniądze i nawet nie wiedziałem, z kim nagrywam.

Marek Raduli: „Artur to geniusz, po prostu geniusz. Mój przyjaciel. Cudowna postać zawsze uśmiechnięta. Po każdym zagranym z nim koncercie wracam do domu naładowany pozytywną energią. Jest to najwspanialszy perkusista, z którym grałem. Bardzo dobrze się nim muzykuje i jest jednym z nielicznych perkusistów, który ma do perfekcji opanowaną dynamikę instrumentu. Artur to perkusista, który gra muzykę od rocka do zaawansowanego jazzu”.

A czy to nie był ten okres, w którym zacząłeś współpracować z zespołem POD BUDĄ?
Tak, któregoś dnia zadzwonił do mnie Andrzej Sikorowski i zaprosił na festiwal „Olsztyńskie Noce”. Pojechałem tam i poznałem Anię Treter oraz Janka Hnatowicza. Potem Ania zaprosiła mnie na nagranie swojej płyty „Na Południe” i od tego momentu zespół zaczął się fajnie docierać. Nie był to skład na zasadzie: gramy, bierzemy kasę i spadamy, tylko bardziej koleżeński, przyjacielski układ. W kolejnych latach ukazały sie jeszcze dwie płyty grupy POD BUDĄ z moim udziałem.

A kiedy powstał zespół-projekt GIGANCI GITARY?
Ten projekt powstał równolegle jako pomysł Jacka Królika. Pierwszy skład był bardzo poważny, bo grali w nim: Rysiek Sygitowicz, Mietek Jurecki, Jacek Krzaklewski, Jurek Styczyński, Jacek Królik, Rafał Rękosiewicz, Adaś Niedzielin i Marcin Furmański, który śpiewał.

Pierwszy koncert odbył się  w Krakowskiej Rotundzie?
Tak, Jurek Gardło managerował tej imprezie. O ile pamiętam, przygotowano z tego koncertu reportaż w TVP3 Kraków. Odtąd moje działania poszły i idą w kilku kierunkach. Grałem i gram z przeróżnymi muzykami – z Majką Jeżowską, z zespołem hardcoreowym WU-HAE, z BLUES MOBILE, nagrałem płytę z KULTURKĄ, powstała kolejna płyta FUNK DE NITE (jest to zespół, przez który do dzisiaj przewijają się świetni muzycy, jak np. Jarek Śmietana, Marek Raduli, Piotr Grząślewicz „Kleik”), z ZANDERHAUS, nagrałem płytę i grałem z zespołem WAWELE, nagrałem płytę z POD BUDĄ, z Piwnicą św. Norberta, nawiązałem współpracę z kwartetem Zbyszka Jakubka i LAPd.

Piotr Żaczek: „Pomijając kwestię jego bardzo ciepłej i optymistycznej osobowości muszę powiedzieć, że Artur wykazuję niesamowitą dbałość o kwestię rytmiczną, wykazując również dużą otwartość. Jest bardzo dobrym, poszukiwanym perkusistą, a świadczy o tym fakt, że gra z różnymi muzykami, uczestniczy w różnych projektach, zespołach oraz gra różnorodną muzykę…”.

A jak doszło do powstania zespołu LAPd?
Na warsztatach Jawor Rock w Jaworznie poznałem człowieka o niesamowitym glosie – nazywał się Liam McMurry. Gdy usłyszałem go w czasie zajęć, pomyślałem sobie, że właśnie takiego wokalu szukałem całe życie! Na początku warsztatów kadra miała zagrać wspólny minikoncert. Nabiłem tempo, zaczęliśmy grać, Liam zaczął śpiewać i poszło. Patrzyłem się na Liama, a on na mnie i czuliśmy się tak, jakbyśmy grali ze sobą całe życie! Po tych warsztatach zaproponowałem, żeby się przeprowadził do Krakowa, w którym mieszka też znakomity basista – Paweł Mąciwoda, i że zmontujemy razem rockowy band. Liam przyjechał i tak mu się spodobało, że jest tu do dziś. Razem stworzyliśmy w 2003 roku zespół LAPd – najbliższy memu sercu. Nagraliśmy płytę live z koncertu, który odbył się w Radiu Kraków, gdzie gościnnie wystąpili Marek Raduli, Gosia Ostrowska, Maciek Rapacz i sekcja dęta z zespołu SKANGUR.

Czy zespół istnieje do dzisiaj?
Paweł, jak wiadomo, dostał się do Scorpionsów… Próbowaliśmy z innym basistą, ale to już nie było to, więc zespół zawiesił swoją działalność. Szkoda, bo mieliśmy wielkie, międzynarodowe plany.

Którego z muzyków wspominasz w sposób szczególny, wyjątkowy?
Takim muzykiem, którego Ty zapewne też znałeś, był nieżyjący już, niestety, Steve Logan. Nauczyłem się od tego Mistrza bardzo dużo. Miałem okazję z nim przebywać i podróżować, mieszkał obok mnie (był moim sąsiadem). Grał przecież przez moment z FUNK DE NITE, nagraliśmy z Nim płytę „J 5” razem z Saskiją Laroo i Warrenem Byrdem oraz zagraliśmy wspólną trasę z Stevem Hooksemi i Zbyszkiem Jakubkiem zorganizowaną przez Kubę Florka.

Wiem, że dla Ciebie najważniejsza jest muzyka, ale czy możesz powiedzieć, jak przez te 20 lat zmieniło się Twoje podejście do perkusji?
Jako młody chłopiec byłem mniej świadom pewnych rzeczy, doceniam je dzisiaj. Zawsze postrzegałem perkusję jako instrument melodyczny, może z tego względu, że zaczynałem naukę gry od pianina. Perkusja nie była dla mnie jedynie instrumentem od wystukiwania rytmu – bębny powinny brzmieć i grać. Oczywiście staram się polepszać swój warsztat, muzykalność i duchowość, staram się rozwijać mentalnie. Doskonalę się również w roli nauczyciela przez dawanie swoim studentom wolności, możliwości osobistego rozwoju ich muzykalności i wrażliwości. Dążę do tego, żeby w jak najprostszy sposób przekazać im to, jak ważna jest muzyka. Oczywiście na prawidłowe ustawienie aparatu też zwracam dużą uwagę, ale tłumaczę im, że technika to jedynie element i klucz do muzyki. Staram się również dobierać odpowiedni instrument, ustawienie, żeby grało się swobodniej. Tutaj wielki ukłon w stronę Doma Famularo, dzięki któremu w sensie perkusyjnym zacząłem chodzić na nogach, a nie na rękach. Sprawił, że kontakt z bębnami stał się bardziej przyjemny i muzykalny, a ja podczas grania zacząłem swobodniej oddychać. Otworzył przede mną drzwi do nowego, lepszego świata.

Jak wspominasz te 20 lat swojego pobytu na scenie?
Wspominam je bardzo miło. Codziennie odmawiam modlitwę w tej intencji, żeby się nic nie zmieniło, żeby było tak jak jest. Dzięki mojej wspaniałej żonie Magdzie, rodzinie, rodzicom, siostrze Marzenie, babci Stefanii, siostrzenicy Kamili, która jest fenomenalną pianistką, szwagrowi (niech mu będzie… śmiech), no i fantastycznym ludziom i pasjonatom jak Ty, któremu wiele rzeczy zawdzięczam, choćby te ostatnie chwile, gdzie mi pomagałeś z moimi rękoma, gdzie przychodziłeś do Mnie jako młody chłopak na lekcje…. To bardzo wiele znaczyło w moim życiu – mogę powiedzieć, że jestem kimś i że mam coś do powiedzenia.
Chciałbym również bardzo podziękować firmie Music Info z Krakowa, Mariuszowi Czarneckiemu, Ryśkowi Balcerowi, całej tej ekipie, która dba o mnie, która zaopatruje mnie w sprzęt. Dziękuję również Krystianowi i Mieczysławowi Czarneckiemu z firmy Omni-Music w Krakowie.

Artur, bardzo mi było miło się z Tobą spotkać.
Mnie również. Pozdrawiam wszystkich TopDrummerów. A także Atmę Anura, który właśnie zamieszkał w Krakowie!

tekst pochodzi z TopDrummera, wydanie Kwiecień-Maj 2008.

rozmawiał Grzegorz Krawczyk