Bartek Niebielecki – perkusista i producent pierwszej płyty HOODOO BAND

fot. Sławek Przerwa

Maciek Warda: Skąd wziął się przydomek „Mr Shuffle”? Czy chodzi o Twoje zamiłowanie do korzeni bluesa, czy w domyśle jest to swing, czyli „własne życie” piosenki, bez którego ciężko sobie wyobrazić jazz czy blues?

Bartek Niebielecki: Po raz pierwszy „Mr Shuffle” nazwał mnie mój przyjaciel, Tomasz Nitribitt, który jest wokalistą HOODOO BAND. Shuffle to mój puls. Grając go, czuję się jak ryba w wodzie. Rytm shuffle, w szczególności double shuffle (mój ulubiony) to podstawa chicagowskiego bluesa, na którym się wychowałem. Moje pierwsze inspiracje to płyta „Live” Muddy’ego Watersa z 1979 roku i jego wzorcowo groove’ująca sekcja rytmiczna w składzie Calvin Jones (bas) i Willie „Big Eyes” Smiths (drums). Pałeczkę po Williem przejął jego syn, Kenny „Beddy Eyes” Smiths, którego miałem zaszczyt poznać podczas jednego z festiwali bluesowych. Następna płyta, która mnie zafascynowała, to „From The Cradle” Erica Claptona. Na bębnach gra na niej Jim Keltner. Później byli tacy artyści jak Albert Collins, Albert King, Stevie Ray Vaughan, BB King, John Lee Hooker czy Carlos Johnson. Z Carlosem po raz pierwszy zagrałem, mając trzynaście lat, i od tamtej pory stał się moim mentorem, a nasza współpraca trwa do dziś. To dzięki niemu poznałem artystów z Motown m.in. Stevie’go Wondera oraz twórczość takich zespołów jak SLY & THE FAMILY STONE czy EARTH WIND & FIRE. Przez Stevie’go Wondera trafiłem na Steve’a Jordana, który jest jednym z moich ulubionych perkusistów. Wówczas uświadomiłem sobie, że to groove jest najważniejszy i poczułem to, co przez lata powtarzał mi mój pierwszy nauczyciel mój ojciec. To dzięki niemu zacząłem grać.

Czy współpracę z HOODOO BAND traktujesz jakoś wyjątkowo? Wśród wielu projektów, z którymi współpracujesz, zajmuje on chyba jedno z głównych miejsc.

HOODOO BAND jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Założyłem go z przyjaciółmi, Bartkiem Miarką i Tomkiem Nitribittem. To bardzo charyzmatyczni i inspirujący muzycy. Zarówno zespół, jak i płytę HOODOO BAND traktuję jak własne dziecko. Cieszę się, że całe HOODOO zaufało mi, bym został producentem naszego pierwszego krążka. Jestem autorem i współautorem kilku kompozycji, które umieściliśmy na płycie, więc tym bardziej utożsamiam się z muzyką HOODOO. Poza tym jest to grupa świetnych ludzi i wspaniałych muzyków, którzy są moimi przyjaciółmi.

Powiedz, proszę, w którym ze składów czujesz się najlepiej muzycznie i który daje Ci największe „pole do popisu”? Sądzę, że nie samymi groove’ami bębniarz żyje!

Jak już wspomniałem, w HOODOO BAND spełniam się nie tylko jako bębniarz, ale również jako kompozytor i producent. Od dziecka słuchałem muzyki jako integralnej całości, nie stawiając perkusji ponad pozostałe instrumenty. Może dlatego ciągnie mnie też do gry na basie i gitarze i może z tego samego powodu dobry groove jest dla mnie ważniejszy niż ciągłe granie solówek. Nie znaczy to, że podczas koncertów z HOODOO nie mam swoich „5 minut”. Ale spełniam się w każdym z projektów, w których biorę udział. A ponieważ są bardzo różne względem siebie, jest to dla mnie niezła szkoła. Grając na przykład z JJ Band, mam dużą swobodę i mogę sporo improwizować, natomiast grając z L.U.C-em, muszę się trzymać form i aranżacji, ponieważ gram do loopów. Jednak staram się, żeby w każdym z tych klimatów moje granie było stylowe, bo to najważniejsze, choć zarazem najtrudniejsze.

HooDoo Band. fot. Sławek Przerwa

Czy wciąż ciężko pracujesz na swój własny styl i umiejętności? Dużo ćwiczysz czy raczej więcej słuchasz i analizujesz?

Nigdy nie wytrzymałem, ćwicząc na bębnach więcej niż trzy godziny. Z natury jestem leserem. [śmiech] Pracuję na swój styl, grając przede wszystkim koncerty, zazwyczaj z różnymi muzykami, a że często mam okazję pracować z lepszymi od siebie, dużo się od nich uczę podczas grania i rozmów z nimi. Tak na przykład było z Timem Gantem, z którym miałem okazję grać trasę. Tim to chicagowski producent, który współpracował m.in. z Arethą Franklim, Billem Whitersem, George’m Duke’m i George’m Bensonem. To niesamowita osoba i fantastyczny muzyk, przekazał mi bardzo dużo wiedzę. Poza tym uwielbiam godzinami wsłuchiwać się w muzykę. Towarzyszy mi całymi dniami.

Przybliż naszym Czytelnikom swój zestaw perkusyjny. Jakich używasz bębnów, jakich blaszek, naciągów?

Gram na bębnach firmy DW Collectors, kolor Green Glas. Jest to zestaw z 1997 roku, korpusy klonowe wykonane przez firmę Keller. Wymiary to: DB 20 × 18”, TT 8 × 7”, 10 × 9”, 12 × 9”, 14 × 11”, 15 × 12”, boczny werbel 14 × 4,5”. Główny werbel to Yamaha sygnatura Elvina Jonesa z drewnianymi obręczami o wymiarach 14 × 7”. Jeśli chodzi o blaszki, to gustuje w Sabianach. Ale muszę się pochwalić jedną blachą, którą mam już od wielu lat, jest to Crash/Ride 19” Istanbul sygnatura Mel Lewis. Bardzo wdzięczna blaszka – czasami, jak gram koncerty w malutkich klubach, zabieram tylko ją. Oprócz hi-hatu robi za cały set blach! Jeśli chodzi o naciągi to klasyczne pinstripe na tomy, choć ostatnio spodobały mi się EC2 od Evansa. Cieszę się, że żyję w tej epoce, gdzie mam wszystko w zasięgu ręki i nie muszę jeździć na drugi koniec Polski po pałeczki i naciągi!

Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję za rozmowę, keep on groovin’!